Jak działa kolczatka

Portret użytkownika Magda Urban

Cofnijmy się o prawie 100 lat, do roku 1920. Wtedy to, na uniwersytecie w Baltimore para naukowców przeprowadziła na 11 miesięcznym chłopcu eksperyment, który przeszedł do historii pod nazwą eksperymentu „mały Albert” (Little Albert experiment). Celem badaczy było ustalenie, czy nasze lęki są wrodzone czy też wyuczone.

Eksperyment polegał na tym, że dziecku pokazywano białego szczura i w tym samym momencie uderzano młotkiem w metalowy pręt, który wydawał głośny, przenikliwy dźwięk. Po około siedmiu powtórzeniach dziecko na widok szczura zaczęło płakać ze strachu. Reakcja lękowa Alberta utrzymywała się na podobnym, silnym poziomie nawet po upływie miesiąca od przeprowadzenia eksperymentu, co więcej, dziecko rozszerzyło swój lęk na inne, podobne obiekty – na królika, psa, itp. Osoby o silnych nerwach mogą obejrzeć film, zawierający zapis eksperymentu:

Eksperyment „mały Albert” pokazuje, jak przebiega warunkowanie klasyczne (classical conditioning) – powstawanie skojarzenia pomiędzy reakcją organizmu (np. emocjami) a bodźcem zewnętrznym. W jaki sposób eksperyment z małym Albertem odnosi się do psów? W taki, że za każdym razem, gdy wywołujemy u naszego psa lęk lub ból powtarzamy to doświadczenie na naszym pupilu. Tworzymy u niego skojarzenie pomiędzy negatywnymi wrażeniami a elementami z jego najbliższego otoczenia.

Wiemy z naszego własnego doświadczenia, że nieprzyjemne doznania zapamiętujemy o wiele szybciej i trwalej niż doznania przyjemne. Jeśli się zastanowimy nad tym procesem, znajdziemy w nim sens – unikanie zagrożenia i bólu jest jedną z podstawowych cech niezbędnych, by przetrwać. Zdolność do kontrolowania naszego otoczenia w taki sposób, by unikać bólu i strachu jest konieczna, by zmniejszyć poziom stresu, wywoływanego przez bodziec. Dlatego tak łatwo zapamiętujemy okoliczności i szczegóły wiążące się z nieprzyjemnymi doświadczeniami. Często to co pamiętamy jest przypadkowe i w rzeczywistości nie ma nic wspólnego ze źródłem naszej przykrości. Każdy z nas przechowuje pamięć o konkretnych przedmiotach, zwierzętach, zapachach lub dzwiękach, które źle mu się kojarzą, gdyż przez przypadek skojarzyliśmy je ze strachem, bólem lub negatywnymi emocjami.

To właśnie działo się podczas eksperymentu z małym Albertem, który skojarzył lęk wywołany przez hałas ze szczurem, na którym w tym momencie skupiał swoją uwagę. Szczur, rzecz jasna, nie był bezpośrednią przyczyną hałasu, lecz dziecko nie mogło tego wiedzieć. Albert nauczył się bać szczura.

Ten sam proces powstawania wyuczonego lęku przebiega za każdym razem, gdy nasz pies doświadcza bólu lub dyskomfortu wywołanego obrożą elektryczną, kolczatką lub łańcuszkiem (a także naszym krzykiem). By być w stanie kontrolować otoczenie (i redukować stres), zaczyna kojarzyć nieprzyjemne doznania z jego różnymi elementami, najczęściej z miejscem, w którym przebywa w danej chwili oraz z tym, na czym akurat skupiał swoją uwagę. Najczęściej pies doświadcza szarpnięcia w momencie, gdy przygląda się drugiemu psu lub przechodzącemu człowiekowi, w tym również dziecku. Czasem pies przestrasza się czegoś podczas spaceru, na przykład przejeżdżającego samochodu, i rzucając się do ucieczki sam prowokuje szarpnięcie.

Już po kilku powtórzeniach podobnych sytuacji pies zaczyna wykazywać objawy lęku przed innymi psami, dziećmi lub przejeżdżającymi samochodami, a także przed miejscami, w których te zdarzenia nastąpiły. Najpierw pojawia się niepokój, a następnie pies zaczyna próbować różnych strategii, na przykład „ucieczki” lub „walki”, choć trzeba pamiętać, że z powodu ograniczenia swobody psa przez smycz mogą one przybierać trudne do odczytania formy. Charakterystyczne jest także rozszerzanie się negatywnych skojarzeń na co raz większą liczbę bodźców – na inne psy, na innych ludzi, na wszystkie pojazdy mechaniczne, oraz na miejsca, w których pies spaceruje. Poczucie bezpieczeństwa psa podczas spaceru zostaje poważnie zaburzone – jeśli nie zaczniemy szukać pomocy jego zachowanie i samopoczucie będzie systematycznie się pogarszać. Pojawi się cały szereg „niepożądanych” zachowań, takich jak lęki, agresja, ciągnięcie na smyczy, lęk przed burzą, problemy z zostawaniem w domu (wycie, niszczenie, załatwianie się). Pies może nawet przestać w ogóle chcieć wychodzić z domu.

Gdy w 2003 roku uczestniczyłam w seminarium szwajcarskiego fizjoterapeuty, zajmującego się zarówno ludźmi jak i zwierzętami, Ursa Brehma, prelegent, mówiąc o tym, jak ważne jest, by psa prowadzić na szelkach, poprosił dwie osoby z widowni o wyjście na środek sali. Jednej osobie oplótł szyję taśmą, której koniec wręczył drugiej osobie. Następnie poprosił osobę trzymającą koniec "smyczy", by pociągnęła. Już w trakcie przygotowań do tego eksperymentu na sali zapadła nerwowa cisza, natomiast gdy Urs wspomniał o pociągnięciu "smyczy", która była przywiązana do szyi człowieka, wszyscy byliśmy spoceni. Osoba, która miała pociągnąć za taśmę odmówiła wykonania polecenia, nie znalazł się też chętny wśród reszty publiczności. Komentarz Ursa był taki, że często brakuje nam takiej empatii wobec zwierząt, jaką mamy wobec przedstawicieli naszego gatunku.

Obroże elektryczne, kolczatki i łańcuszki są urządzeniami związanymi z tradycyjnymi metodami tresury psów, gdzie służyły do karania psa za „nieposłuszeństwo”. Na szczęście powoli odchodzą do lamusa, zastępowane przez bardziej humanitarne metody. Co więcej, w wielu krajach są zakazane przez prawo i liczba tych krajów wciąż rośnie. Pamiętajmy też, że te przyrządy stanowią bardzo realne zagrożenie dla zdrowia naszego psa, powodując mikrourazy kręgosłupa (źródła podają, że 90% psów wyprowadzanych nawet na zwykłej obroży ma urazy szyjnego odcinka kręgosłupa).

Dlatego apelujemy, by oszczędzić naszym psom bólu i strachu. Najlepsze do wyprowadzania psów są miękkie obroże oraz szelki. A do tresury – smakołyki.